Nie planowaliśmy zakładać fundacji. Nie usiedliśmy przy stole z biznesplanem i listą celów na najbliższe pięć lat. Zaczęło się od rozmowy. A właściwie od pytania, które od dawna dojrzewało w nas obojgu, choć każde z nas nosiło je zupełnie gdzie indziej.
To wydarzyło się zimą.
Był styczeń 2025 roku. Iwona prowadziła kilkudniowe warsztaty dla międzynarodowego zespołu. Uczestnikami byli doświadczeni menedżerowie, ludzie sukcesu, osoby odpowiedzialne za innych. Po kilku godzinach wydarzyło się coś, czego nikt nie planował. Rozmowy przestały dotyczyć pracy. Zaczęły dotyczyć życia.
Ludzie opowiadali o swoim dzieciństwie. O lęku. O braku poczucia bezpieczeństwa. O tym, jak wiele lat zajęło im zrozumienie własnych emocji. Niektórzy płakali, bo pierwszy raz od dawna poczuli, że mogą. I wtedy padło zdanie, które wracało raz za razem: „Dlaczego nikt nie nauczył nas tego, kiedy byliśmy dziećmi?” To pytanie nie dotyczyło tylko ich. Dotyczyło nas wszystkich.
Gabriel słuchał. Był uczestnikiem tych warsztatów.
Od lat zajmował się edukacją, innowacjami i projektami społecznymi. Zawsze wierzył, że technologia powinna pomagać ludziom rosnąć, a nie tylko przyciągać ich uwagę. Dorastał w Rumunii a Iwona w Polsce. Dzieliły ich setki kilometrów, różne języki i różne życiowe historie. Ale kiedy słuchali ludzi opowiadających o swoim dzieciństwie, oboje usłyszeli dokładnie to samo. Problemy dzieci nie mają narodowości. Nie zatrzymują się na granicach. Dzieci wszędzie potrzebują tego samego. Kogoś, kto nauczy je rozumieć siebie.
Na koniec warsztatów Gabriel podszedł do Iwony.
Powiedział tylko jedno zdanie: „Zróbmy coś, żeby następne pokolenie nie musiało dźwigać tego samego ciężaru.” To nie była wielka strategia. To nie był plan biznesowy. To było zaproszenie do odpowiedzialności. I od tego momentu nie dało się już wrócić do poprzedniego życia.
Oboje nosili w sobie własne historie.
Iwona często mówi, że wychowała się w domu pełnym miłości. Ale miłość nie zawsze oznacza umiejętność rozmawiania o emocjach. Najbardziej brakowało jej nie kolejnych rad. Brakowało jej dorosłego, który po prostu usiądzie obok. Posłucha. Nie oceni. Zada następne pytanie zamiast od razu dawać odpowiedź. Kogoś, kto pomoże zrozumieć samą siebie.
Gabriel z kolei od dziecka był napędzany ciekawością. Marzył o wynalezieniu latających maszyn. Później odkrył, że największe zmiany nie zaczynają się od technologii. Zaczynają się od ludzi. Od edukacji. Od odwagi zadawania pytań. Od przekonania, że każde dziecko ma ogromny potencjał, jeśli tylko ktoś pomoże mu go odkryć.
I wtedy pojawiło się kolejne pytanie.
Skoro potrafimy wykorzystywać technologię do tego, by zatrzymywać uwagę dzieci na wiele godzin… Dlaczego nie wykorzystać jej do czegoś odwrotnego?
- Do budowania odporności.
- Do rozwijania samoświadomości.
- Do uczenia empatii.
- Do pomagania dzieciom w poznawaniu własnych emocji.
Nie po to, żeby zastąpić rodziców.
Nie po to, żeby zastąpić nauczycieli.
Ale po to, żeby być mądrym, cierpliwym towarzyszem, który jest obok wtedy, kiedy dziecko tego potrzebuje. Tak narodziła się idea Tuli.
Dzisiaj wiemy jedno.
Nie stworzyliśmy Tuli dlatego, że mieliśmy wszystkie odpowiedzi. Stworzyliśmy ją dlatego, że nie mogliśmy dłużej ignorować pytań. Bo niezależnie od tego, czy dziecko dorasta w Polsce, Rumunii czy gdziekolwiek indziej na świecie… Każde z nich zasługuje na to, żeby nauczyć się rozumieć siebie wcześniej, niż my nauczyliśmy się tego jako dorośli. I jeśli technologia może być częścią tego rozwiązania, chcemy pokazać, że może służyć nie tylko uwadze. Może służyć człowiekowi.
Bo właśnie od tego zaczęła się historia Tuli. Od rozmowy. Od odwagi. I od przekonania, że przyszłość dzieci można budować świadomie.
